Home / Podróże / Brudna mekka backpackerów w Kho Phi Phi

Brudna mekka backpackerów w Kho Phi Phi

wolska

Indochiny nie były w planie mojej podróży, ale zbieg okoliczności oraz tęsknota za Południowo-Wschodnią Azją, jej zapachami i smakami, z którymi mało który region może się mierzyć, przygnała mnie w znane, dawno temu doświadczane zakątki Tajlandii, Wietnamu i Malezji. Lądowanie na Phutek było twarde.

Zderzenie z masową turystyką, dudniąca muzyką nocnych klubów, tandetnymi pamiątkami „made in china” i linia horyzontu – dachy gigantycznych hoteli – są dla mnie bolesne. Pobliska mekka backpackerów i słynna z holywoodzkiego filmu Kho Phi Phi okazała się być również zagłębiem nocnego życia – dla młodszej i mniej majętnej grupy odbiorców.

Ach ci niechlujni wędrowcy!
Piętnaście lat temu na wyspach Tajlandii królował styl niechlujnego podróżnika w klapkach w wersji flip flop, z przewodnikiem Lonely Planet pod pachą i obowiązkowo z plecakiem. Dziś tacy nikną w tłumie chińskich i innych azjatycich turystów ciągnących za sobą walizki rozmiaru małego samochodu, w pełnym rynsztunku kapeluszy, butów na obcasach, parasolek plażowych i ciuchów z okładek modowych magazynów. Podróżująca wciąż jeszcze z plecakami młodzież z Europy lub USA też wyznacza nowe trendy backpackingu, wybierając kultowe i designerskie hostele ze strefą „chillout room” i szybkiego wi-fi, odwiedzając popularne i nietanie restauracje, podróżując zamiast loklanym transportem taksówkami lub turystycznymi busikami, imprezując w modnych klubach i nie rozstając się z „selfie stick”, bo muszą być zawsze obecni w mediach społecznościowych.
Z pełną świadomością tych zmian dotarłam do Ko Samui – niekwestionowanej królowej tajskich wysp, którą odkryłam piętnaście lat wcześniej podczas swojej pierwszej, samodzielnej podróży do Azji. Tutaj siła rażenia zaistniałych zmian wprawia w osłupienie. Bezludna plaża na południowym krańcu wyspy, dwie świątynie i linia horyzontu to jedyne, co ostało się w niezmienionym kształcie. Zniknęły rybackie osady, jedną z nich przekształcono w turystyczną wioskę najdroższych restauracji i butików. Zaludniły się dzikie zakątki, obstawiły parasolami i leżakami bezludne plaże. Znikają przydrożne stragany i ruchome wózki z jedzeniem, które rozstawiają się tylko podczas nocnych bazarów, ustępując miejsca międzynarodowym restauracjom serwującym wszystko od sushi po foie gras. Kafejki w amerykańskim stylu serwujące tłuste pączki donuts i caffe latte, której Azjaci, mający problem z trawieniem nabiału, nigdy nie pijali, mnożą się niczym grzyby po deszczu.

Góry… wieżowców
Nieruchomości, budynki, hotele wdzierają się coraz wyżej na zbocza wyrastających z morza gór, kiedyś porośniętych gęstym, dziewiczym lasem. Międzynarodowe lotnisko przyjmuje i wysyła w świat potężne pasażerskie samoloty z częstotliwością kilkunastu minut, fundując plażowiczom na najpopularniejszej plaży Chaweng prawdziwie bombowe atrakcje. Nawet fani „spottingu” po piętnastu lądowaniach zaczną myśleć o zmianie plaży lub dobrych zatyczkach do uszu. Oferta hoteli, atrakcji, rozrywek, masaży i sklepów międzynarodowych marek nie ma końca. Ko Samui jest turystyczną maszyną, pracującą na najwyższych obrotach przez cały rok i całą dobę.
Niestety, podobne wrażenia przywiozłam z Wietnamu, który jeszcze trzynaście lat temu był oazą autentyczności, prawdziwą esencją Azji Południowo-Wschodniej. I choć wciąż królują tu swoiste plecione kapelusze, a światem ulicznym żądzą jednoślady (zamiast rowerów – skutery ), to ciężar zmian w architekturze, obyczajowości i choćby diecie jest przytłaczający. Nowy cud świata Halong Bay kiedyś przyjmowało dziennie kilkanaście łodzi turystycznych – dziś wypływa ich w sezonie co dzień pięćset. Pływające wioski zniknęły poprzedzone rządowym nakazem.

Wyspy śmieci, czyli popsuty Daleki Wschód
Obecnie zamiast nich mamy pływające wyspy śmieci. Sztuczne i wybetonowane kąpielisko stworzone pod chińskich turystów przypomina Władysławowo w szczycie sezonu. Dlaczego świeżo złowione ryby z zatoki Halong smakują mułem niczym najgorszy karp, zrozumiałam gdy otarłam się o wyciągnięta z dna kotwicę umazaną szarym gęstym błotem. Na plażach Wietnamu i Tajlandii, także i tych wciąż zacisznych i dalekich od tłumów, których odnalezienie wymaga determinacji i czasu, też panoszą się góry śmieci, a podczas każdego spaceru można skompletować sobie kilka par klapek.
W swoich tekstach zachwycam i zachłystuję się światem, zaś tym razem wylewam kielichy łez nad cywilizacyjnym postępem. Mimo to ruszajcie w świat, szukać wciąż jeszcze istniejących urokliwych, cichych i autentycznych zakątków, które nie widnieją na liście polecanych przez biura podróży destynacji czy internetowych listach „must see”.
Warto włożyć więcej wysiłku, poświęcić czas, zrezygnować z komfortu, do którego przywykamy, by znaleźć się w miejscu, gdzie nie pożre nas globalizacja, nie przytłoczy nawał ludzi i nie zagłuszy hałas.
Tej maszyny rozwoju nikt już nie zatrzyma. Mnie pozostaje się cieszyć faktem, że swoje podróże i odkrywanie świata zaczęłam w innych czasach, bez internetu i smartphonów, przez które obecnie nie sposób przyjrzeć się ludzkim twarzom, zwróconym wciąż ku ziemi. Świat mimo zmian wciąż jest fascynujący, piękny i magiczny, gdy tylko spojrzymy na niego z odpowiedniej perspektywy.