Home / AKTUALNE WYDANIE / Chiny bez planu

Chiny bez planu

Podróże bez planu to najciekawsza igraszka z losem i forma odkrywania świata, która w moim przypadku zawsze znajdywała prawdziwy „happy end”.

Tak też było rok temu i półtora, po rozpoczęciu mojej podróży, kiedy skończywszy medytację w Malezji obliczyłam, że do rozpoczęcia nauczycielskiego szkolenia w Indiach pozostało mi pięć tygodni, na które nie tylko nie miałam planu, ale też i pomysłu. I właśnie wtedy odezwała się do mnie moja zaprzyjaźniona Brazylijka Golgie, która przemierzała, podobnie jak ja, świat w pojedynkę, w drugiej odsłonie długoterminowej tułaczki w nieznane, rozpoczynając etap przejazdu przez Chiny. Wystarczyła jedna wiadomość na zachętę, a w godzinę znalazłam tani bilet lotniczy do Makao. Stamtąd przedostałam się promem do Hong Kongu, gdzie rozpoczęłam długą, żmudną i stresującą procedurę wizową, która była zwiastunem tego, co czekało na mnie tuż za granicą.

Hongkong był dwadzieścia lat wcześniej miejscem mojego pierwszego spotkania z dalekowschodnią Azją i zachwycił mnie wówczas swoją innością. Tym razem nie potrafiłam się w nim odnaleźć. Dziś dla mnie Hongkong to bezduszny twór, rozpędzona machina biznesowa, kołowrotek dla biegnącego na oślep i goniących za pieniądzem tłumu, betonowy potwór, skupisko ludzi, którym obcy jest uśmiech. Ciasny, nieprzyjazny, wyobcowany i jeszcze niebotycznie drogi. Oczekując aż pięć dni na rozpoznanie wizowego wniosku, poczułam się jak bohaterka jednego z moich ulubionych filmów „Lost in translation”, w którym Sofia Coppola pokazała samotność kobiety w innym azjatyckim molochu – Tokyo. Jak Scarlett Johanson błądziłam po mieście w poczuciu wyobcowania, ale nie mieszkałam w Hiltonie, tylko w hostelach, gdzie na małych powierzchniach wieloosobowych pokoi i trzech poziomach łóżek upychano nawet 24 osoby. Rano z trudem udawało się tam odnaleźć swoje buty, dostać do łazienki czy wygospodarować przestrzeń, by powiesić mokry ręcznik. Stałam się na chwilę więźniem betonowo-szklanej klatki, nieustanie wypełnionej hałasem, pozbawionej zieleni i przestrzeni bez azylu i prywatności. Odzyskawszy paszport z wklejoną wizą, jak na skrzydłach wsiadałam w metro, które dowiozło mnie do granicy Hongkongu i kontynentalnych Chin, które nigdy nie były na mojej liście wymarzonych kierunków, które nie wołały mnie, jak inne destynacje i które zdecydowanie nie znalazły się nawet w awaryjnym planie podróży.

Przekroczyłam granicę i świat został za mną. W chwilę umarły wszystkie portale społecznościowe, zniknęły mapy google, moja skrzynka mailowa gmail zapadła w długi sen, a translator poszedł na urlop. Otoczyła mnie nowa rzeczywistość niczym sprzed 20 lat, kiedy biblią podróżnika był przewodnik Lonely Planet, a wyszukiwarki internetowe zastępowali napotkani po drodze wędrowcy jadący z przeciwnego kierunku polecający sprawdzone noclegi, połączenia, knajpki i atrakcje. Tym razem nie miałam przewodnika, a na szlaku trudno było znaleźć innych, samodzielnie podróżujących przybyszów z zachodniego świata. Otaczała mnie jedna wielka masa Chińczyków o jakże innej obyczajowości, kulturze i zwyczajach oraz szczególnym nastawieniu do białej kobiety podróżującej solo.

Z Golgie miałyśmy spotkać się w Xingping w prowincji Guangxi dwa dni po tym, gdy naburmuszony urzędnik przystawił stempel wjazdowy na mojej miesięcznej wizie turystycznej. Wehikuł przyszłości pędzący 300 km na godzinę przeniósł mnie szybko i komfortowo o ponad pół tysiąca kilometrów na północny zachód w głąb kontynentalnych Chin. Tym samym zaczął się mój proces oswajania z technicznym postępem Państwa Środka, z jakiego nie zdawałam sobie sprawy. Dworce kolejowe większe niż europejskie lotniska przytłoczyły mnie swoim ogromem, a organizacja ich ruchu onieśmielała pomysłowością i precyzją. Morze ludzi przetaczało się przez te gigantyczne powierzchnie, aby, niczym harcerze na apelu, ustawić się w kolejkach do bramek, a następnie w sektorach na peronach, przy których wybrane wagony zatrzymywały się z dokładnością, co do centymetra. Wystrojone i przesadnie wymalowane stewardessy w kolorowych obcisłych uniformach witały gości w każdym wagonie, by po chwili serwować posiłki, jakie my znamy z pokładów samolotów. I to wszystko w niezwykle przystępnej cenie.

Xingping położone nad rzeką Li zdobyłam łatwo i przyjemnie pomijając perypetie językowe. Po dniach spędzonych w szarym i okrytym smogiem Hongkongu, spotkanie z naturą przeżywającą wiosenny rozkwit było cudowną i wytęskniona odmianą. Rzeka Li sławę swoją zawdzięcza nie tylko naturalnemu pięknu, lecz także banknotowi 20 juanów, na którym się znalazła. Tłumy lokalnych wycieczek poszukują miejsca, z którego uchwycono krajobraz gór wyrastających z tafli wody i przeniesiono na rycinę umieszczoną na odwrocie tej waluty. Urocza Dunka z rocznika moich rodziców i dwadzieścia lat młodsza ode mnie Meksykanka stały się kompankami w eksploracji lokalnych knajpek i pogaduszek. Bliskość Hongkongu i Guangzhou – zwanego też Kantonem, czyli trzeciego, co do wielkości miasta w Chinach o populacji 14,5 miliona mieszkańców sprawiły, że w hostelach, restauracjach i kawiarenkach można było przy odrobinie cierpliwości porozumieć się po anielsku czy otrzymać angielskie menu.

Spotkanie z moją przyjaciółką było przeżyciem, które zrozumieć może ten, kto przynajmniej na 8 miesięcy porzucił wszystko, co bliskie i znajome, zaczął życie nomada i otaczał się wszystkim, co nowe, nieznane i obce. Ta znana mi twarz, pokrewna dusza i kobieta, która tyle zdążyła się o mnie nauczyć, związana ze mną wspólną pasją, którą mało kto rozumie i podziela oraz przeżywająca podobne perypetie i rozterki, stała się tam, w Chinach, wartością ponad miarę, a jej uścisk w drzwiach mojego pokoju – bezcenny. Zaczęłyśmy tym samym pewien etap podróży, w którym nawzajem byłyśmy sobie potrzebne. Rzekę Li i jej poetycką okolicę eksplorowałyśmy na rowerach, łodziami i piechotą wydeptując górskie szlaki i w zasadzie nie mogąc się nagadać.

Dalsze kroki skierowałyśmy przez zaskakująco przyjemne miasto Guilin w rejon słynnych Tarasów Ryżowych Smoczego Grzbietu. To malowniczy rejon górski, którego ludność, mimo rosnącego ruchu turystycznego, żyje tradycyjnie w drewnianych chatach uczepionych zboczy gór, nosi ludowe stroje i od wieków obrabia tarasowe pola ryżowe. Kraina ta skupia kilka wsi, których 98 % ludności to mniejszość etniczna Yao. Na nocleg wybrałyśmy Pingan, spokojną osadę otoczoną pagórkami, na których nawodnione poletka ciągną się niczym wstęgi i rosną piętrowo do góry, jak piętra gigantycznego weselnego tortu. Zwabiło nas kilka doskonałych miejsc na wschód i zachód słońca, do których wędruje się wąskimi ścieżkami wśród pól, pnąc się w górę wraz z sennie przetaczającymi się mgłami. Autostopem, który pozostaje Chińczykom nieznany, dotarłyśmy też do Jinkeng, gdzie kolejka linowa dowozi swoich pasażerów na szczyt grani okalającej rozległą dolinę pociętą ryżowymi uprawami. Kobiety Yao dopełniają tego magicznego miejsca ubierając swoje tradycyjne, kolorowe, ludowe stroje, przerzucając przez plecy wielkie kosze, ale przede wszystkim wprawiają w osłupienie swoimi fryzurami. Długie, lśniące, czarne pasma włosów, których nigdy się nie ścina, upinają w wymyślne turbany. Mężatki zostawiają widoczne grube koki, panny tworzą na głowie jednolity turban.

Ruszając dalej w głąb kontynentalnych Chin zmiany obyczajowości stawały się nad wyraz wyraźnie, a nawet dotkliwe. Pogardliwe spojrzenia i lekceważące gesty, stały się standardem. W wiecznie otaczającym nas tłumie nieustanie towarzyszą nam popychania, wbijane w ciało łokcie, kuksańce i brak poszanowania osobistej przestrzeni. W kolejce do każdej kasy, czy to kolejowej czy sklepowej, Chińczycy przepchną się i zostaną obsłużeni przede mną lub Godie, jakby nasza obecność w ogóle nie była zauważana. Próby proszenia o pomoc pełzły na niczym, w odpowiedzi pojawiało się machnięcie ręki, jakby chcieli się opędzić ode mnie, niczym od natrętnej muchy.

Najtrudniejszym elementem podróży stawali się ludzie – ich niegościnność, lekceważenie, pogarda i, w europejskim standardzie, zwykłe chamstwo. Choć starałam się ich sama przed sobą tłumaczyć historią, przeludnieniem i stojącymi za nimi duchami komunizmu zmuszającego do walki i przepychanki o wszystko, to nie zdołałam zaakceptować lokalnej obyczajowości i przyjmować na chłodno, bez emocji codzienności chińskiej. W tanich hostelach pełnych koczujących i wegetujących Chińczyków, gdzie powszechnym jest palenie choćby i w łóżkach, wbijane były w nas posępne i pełne podejrzliwości spojrzenia. Każdy ruch był rejestrowany i analizowany z powagą i dystansem. W restauracjach pochmurne kelnerki od wejścia przewracały oczami, jakby z nadzieją, że zniechęcą nas do miejsca i zaoszczędzą komunikacyjnej przepychanki przy zamówieniu.

Pewnego rodzaju apogeum nastąpiło w przepięknym parku narodowym Zhangjiajie na północy prowincji Huan. Miejsce to, zwane też parkiem Avatara, zainspirowało rzekomo samego Jamesa Camerona do stworzenia swego bajkowego dzieła i było pierwszym w Chinach parkiem leśnym chronionym prawem od 1982 r. Ten nieziemski krajobraz tworzą strzeliste formacje skalne na kształt słupów i maczug, które zdają się unosić w powietrzu. Podziwiać je można z dołu błądząc wśród tych wapiennych słupów porastanych przez karłowatą zieleń albo z punktów widokowych, na których panorama prawdziwie zapiera dech w piersiach. Park ten, jak i inne, przyciąga tysiące lokalnych turystów z Chin, którzy po dekadach życia na systemowej i reżimowej smyczy, przeżywają zachwyt nad wolnością podróżowania po swojej ojczyźnie. Uciekając od swoich betonowych i szarych rzeczywistości dnia codziennego wybierają głównie zabytki przyrody. Ale, jak się przekonałyśmy, nie potrafią przyrody kontemplować i doświadczać. Przeciętny Chińczyk chce dotrzeć na punkt widokowy dowieziony autobusem lub wagonikiem, zrobić serie zdjęć, głównie „selfie”, czyli stojąc tyłem do tego, co najpiękniejsze, pohałasować i oznaczywszy swoje miejsce jakimś porzuconym śmieciem i ruszyć do kolejnego punktu, tzw. „must see”. Zaduma, cisza i kontemplacja zdaje się być im czymś obcym, nieznanym i zbytecznym. Tempo życia Chińczyków nie przewiduje czasu na postój, chwilowy bezruch, nawet w tak przytłaczającym niezwykłością i majestatem miejscu.

Niezwykle rzadko spotyka się w Chinach indywidualnych turystów. Chińczycy lubią trzymać się w grupach. A w grupach jeszcze dobitniej wychodzi z nich ten zwierzęcy instynkt walki o swoje. Zakup biletu poszedł nam łatwo przy kasach dla obcokrajowców, ale już tłum czekający do autobusów kursujących w różne punkty parku pokazał nam, do czego zdolni są ci mali i niepozorni ludzie i jaka moc drzemie w ich liczebności. Wyciągano nas z kolejki ciągnąc za włosy i plecaki. Byłyśmy popychane i deptane. Do tego otaczał nas ciągły jazgot i wrzask. Tłum do kolejki górskiej, ale i na głównych szlakach widokowych, prawdziwie miażdżył człowieka tak, jak kiedyś zmiażdżyła mnie w dzieciństwie kolejka do wagonika na Kasprowy Wierch. Jako dziecko komunizmu odnajdywałam się w tej rzeczywistości lepiej niż moja brazylijska przyjaciółka. Ale Chiny jeszcze nie raz miały stać się dla nas obu lekcją pokory i sprawdzianem dla naszej buddyjskiej filozofii życia.