Home / AKTUALNE WYDANIE / Moim teatrem był sąd

Moim teatrem był sąd

Elżbieta Sokołowska
Redaktor Gazety Wyborczej

Chciała być aktorką, ale ojciec jej to wyperswadował, więc po maturze rozpoczęła studia prawnicze. Tej decyzji, jak mówi, nigdy nie żałowała, a na przejście w stan spoczynku mecenas Krystyna Skolecka-Kona zdecydowała się dopiero teraz, po 63 latach pracy. Trochę ją to niepokoi, bo – jak każdy pracoholik – nie wyobraża sobie życia bez wiecznej gonitwy. Zawsze elegancka i zadbana, nadal prowadzi samochód i nie używa książki telefonicznej, bo – jak mówi – wszystkie numery ma w głowie.

Kronika skolecka

Biografią pani mecenas można by spokojnie obdzielić kilka osób i też miałyby ciekawe życie.

– Urodziłam się 21 sierpnia 1929 r. we Lwowie, gdzie mieszkaliśmy w kamienicy przy reprezentacyjnym placu Hetmańskim, obok Teatru Wielkiego. Moje dzieciństwo, które trwało zaledwie 10 lat, pamiętam jak przez mgłę. Byłam grzeczną Krysią z warkoczykami, dobrą uczennicą, ale w szkole miałam kłopoty z tabliczką mnożenia i do dzisiaj w rachunkach nie jestem najlepsza – wspomina.

Jej ojciec, lwowski adwokat, jako oficer rezerwy tuż przed wybuchem wojny dostał powołanie do wojska i uczestniczył w obronie Warszawy, a po kapitulacji trafił do niewoli i do końca wojny przebywał w oflagu w Woldenbergu (dzisiaj Dobiegniewo w woj. lubuskim). Mała Krysia z mamą, babcią Kamilą i starszą o 10 lat przyrodnią siostrą Tulą zostały same we Lwowie. – Tamten świat skończył się dla mnie 13 kwietnia 1940 r. Tego dnia wieczorem, kiedy już leżałam w łóżku, Tula wróciła do domu z poufną informacją od dozorcy, że będą nas wywozić. Pół godziny później, kiedy rozmawiałyśmy o tym, zadzwonił dzwonek u drzwi i weszli hajdamaki (tak na Ukrainie nazywano rozbójników – red.). Powodem tej „wizyty” był fakt, że jesteśmy rodziną polskiego oficera i za to musimy zostać ukarani. Na spakowanie rzeczy (wyłącznie osobistych) dostaliśmy godzinę. Mama, w szale pakowania, zdążyła jeszcze zabrać jeden talerzyk z japońskiego serwisu porcelanowego, który – tak kruchy przecież – do niczego nam się nie przydał, ale przetrwał i dzisiaj przechowuję go jak relikwię – zaczyna swoją opowieść pani mecenas. – Ja wtedy w ogóle nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dzieje! W nocy zawieźli nas na dworzec, gdzie były tłumy ludzi, płacz i krzyk. Wsiadłyśmy (ja z warkoczykami, ładnie ubrana przez mamę, w płaszczyku w pepitkę z granatowym aksamitnym kołnierzykiem, bo takie wtedy były modne) do bydlęcego wagonu, który ruszył w nieznane. Nikt nie był przygotowany na trzytygodniową podróż – tyle czasu zabrało nam pokonanie 5000 kilometrów. Nie mieliśmy jedzenia. Czasem tylko pociąg zatrzymywał się na dworcach, gdzie ludzie podawali nam paczki z jedzeniem i wodę. Właściwie nie wiem, czemu nie pomarliśmy z głodu po drodze…

Podróż skończyła się w Kazachstanie, w kołchozie koło Semipałatyńska, gdzie spędziłyśmy 5 lat. Klimat był tam taki, że w ciągu dnia doskwierał upał, a nocami, kiedy moja siostra wypasała kołchozowe bydło na stepie, panował ekstremalny mróz i grasowały wilki. Zachorowałam na malarię tropikalną, która polegała na tym, że codziennie miałam ataki w postaci silnych dreszczy i wysokiej temperatury. Przeżyłam, ale naprawdę wyzdrowiałam dopiero po powrocie do Polski i zmianie klimatu.

Mieszkałyśmy w dużej kolonii naszych rodaków. Do szkoły chodziłam dwa lata: rok do polskiej, rok do rosyjskiej. Bardzo szybko, jak to dziecko, nauczyłam się języka rosyjskiego i spędzałam czas głównie pochłaniając książki (w tym największe dzieła literatury światowej). Czytałam, jednocześnie robiąc swetry na drutach, żeby pomóc mamie i siostrze zarobić na jedzenie dla naszej rodziny. Bo to, co najlepiej pamiętam z tamtego czasu, to ciągły głód, który był naszą główną dolegliwością. Moim największym, nieosiągalnym marzeniem była wtedy bułka z szynką, która śniła mi się po nocach! Muszę jednak powiedzieć, że miejscowa ludność, która przecież też głodowała, traktowała nas przyjaźnie, dzieląc się z nami wszystkim, co miała.

Kiedy wojna wreszcie się skończyła, nawiązałyśmy korespondencyjny kontakt z ojcem, który został zdemobilizowany i najpierw pracował w Kutnie, a potem skierowano go do Łodzi. Tutaj i my się repatriowałyśmy w kwietniu 1946 r. pierwszym możliwym transportem, a na Dworcu Kaliskim czekał już na nas ojciec, który wówczas pracował jako radca prawny i kierownik zespołu adwokackiego. Zamieszkaliśmy w oficynie przy Piotrkowskiej 55.

Była szczęśliwa i wolna, choć największą ucztą był wtedy, jak wspomina, chleb ze smalcem. Na wymarzoną bułkę z szynką musiała jeszcze kilka lat poczekać. W tym czasie najważniejszą sprawą w życiu szesnastoletniej Krysi był powrót do nauki. Przed wojną skończyła we Lwowie trzy klasy szkoły powszechnej, a później w Kazachstanie uczyła się tylko przez dwa lata. Aż trudno uwierzyć, że już w 1948 r. zdała maturę. Jak to w ogóle było możliwe?!

– Bardzo chciałam się uczyć. Wcześniejsze, przedlicealne etapy edukacji zaliczyłam jako ekstern, a potem przez dwa miesiące, pod kierunkiem wspaniałej pani profesor Waśniewskiej, przygotowywałam się do nauki w liceum, które wtedy było dwuletnie. To były zupełnie inne czasy niż dzisiaj. Uczyłam się przede wszystkim łaciny, polskiego i historii, ponieważ wybrałam liceum humanistyczne, jako że z matematyki, jak już wspomniałam, byłam słaba, a fizyki, chemii i przyrody nigdy się nie uczyłam. Zdałam trudny egzamin wstępny i we wrześniu 1946 r. zostałam uczennicą V Liceum im. Marii Konopnickiej, mieszczącego się przy ul. Wólczańskiej, po którym już dawno nie ma śladu, bo nawet budynek został zburzony.

Głupio się chwalić, ale byłam bardzo dobrą uczennicą. Ponieważ jednak zawsze lubiłam pomagać innym, na maturze z polskiego dyktowałam pracę koleżance. Ona dostała piątkę, a ja trójkę, bo swojej pracy nie zdążyłam skończyć. Kiedy wyszłam z egzaminu zalana łzami, czekał na mnie mój Wiesio i pocieszał mówiąc: – „Nie płacz głupia, to przecież nieważne!”. A ja nie mogłam zrozumieć, jak w ogóle można tak mówić!

Wiesia poznałam będąc w maturalnej klasie, na szkolnej zabawie. Nie umiał tańczyć, ale za to był bardzo urodziwy, a w dodatku, w przeciwieństwie do innych, nie nadskakiwał mi. Ja zawsze wolałam sama wybierać i decydować. Ślub wzięliśmy w 1950 r., tak więc za dwa lata będziemy obchodzili 70. rocznicę. Aż trudno mi w to uwierzyć! Jedynym wytłumaczeniem, że razem przeżyliśmy tyle lat, może być to, że ja całe życie byłam pochłonięta pracą zawodową, a mąż, zainteresowany samochodami i różnymi technicznymi sprawami, nie był „latawcem”. I do dzisiaj jest nam dobrze ze sobą. Może lepiej o tym nie pisać, bo ja mogę być tylko „najładniejsza” i „najbystrzejsza”. Wszystko, byle nie „najstarsza”! Ale to przecież też jest ludzkie…

Kiedy chodziłam do liceum, prowadziłam szkolne kółko recytatorskie, nie tylko występując, ale także reżyserując przedstawienia. I bardzo chciałam zostać aktorką! Pewnego razu szkoła zaprosiła na nasze zajęcia dwoje wielkich ludzi teatru: Aleksandra Zelwerowicza i Irenę Horecką. Po spotkaniu, podczas którego m.in. i ja recytowałam, powiedzieli o mnie: „Tę małą możemy nawet bez egzaminu wziąć do szkoły aktorskiej, bo to wybitny talent”. Moje marzenie mogło więc się ziścić, ale tatuś powiedział „nie!”. I w końcu jakoś mnie przekonał, żebym poszła w jego ślady, bo adwokat musi być także dobrym aktorem. Pomyślałam wtedy, że w takim razie moją sceną będzie sala sądowa.

I tak się stało.

Po studiach przyszła pani adwokat, młoda, skromna i – jak mówi – bez żadnych ambicji „pekuniarnych”, aplikację odbywała w Zespole Adwokackim nr 4 przy ul. Narutowicza, w pobliżu sądu.

– Byłam jedną z sześciu aplikantów w zespole, którym kierował adw. Latoszyński. Do naszych obowiązków należało wszystko – wspomina z sentymentem pani Krystyna. – Zarówno spisywanie umów z klientami, jak i noszenie drewna z piwnicy i palenie w piecach. Miałam ambicję, żeby być kimś, więc wiele pracowałam sama, pytałam, dociekałam. Codziennie od 8.30 do 16 uczestniczyłam w rozprawach odbywających się w symbolicznej Sali nr 1 sądu przy pl. Dąbrowskiego, w której prowadzono największe procesy karne, a później wracałam do pracy w kancelarii. Dzisiaj nie wiem, skąd miałam tyle siły i jak sobie z tym wszystkim dawałam radę, bo przecież miałam wtedy maleńkie dziecko, męża i dom.

Po zakończeniu dwuletniej aplikacji, 16 grudnia 1954 r., mając zaledwie 25 lat, uzyskała wpis na listę adwokatów. Po kolejnych dwóch latach z wynikiem celującym zdała egzamin adwokacki i od 1 stycznia 1956 r. do dziś jest nieprzerwanie adwokatem Izby Łódzkiej, specjalizującym się przede wszystkim w sprawach karnych.

– Jedną z moich pierwszych samodzielnie prowadzonych spraw była obrona niejakiego Mazurka, cinkciarza handlującego walutami przed Peweksem, oskarżonego o zabójstwo świeżo poślubionej żony. Była ona ładną, znacznie młodszą od niego, bo zaledwie 19-letnią dziewczyną z Łasku, pochodzącą z zamożnej rodziny, która notarialnie przepisała na niego cały swój majątek, a dzień po ślubie została zastrzelona. Kiedy przygotowując się do obrony rozmawiałam z nim w więzieniu, pewnego dnia usłyszałam: „Pani Krysiu, jak pani mnie stąd wyciągnie, pójdziemy na kawę”. „Wyciągnęłam” go, ale wyłącznie dlatego, że w moim zawodzie liczą się tylko dowody. Proces był poszlakowy, a ponieważ nie było śladu najmniejszego dowodu, musiano go uniewinnić. W tej sytuacji Sąd Najwyższy, do którego prokuratura wystąpiła z apelacją, nie miał wyjścia i podtrzymał wyrok uniewinniający. Jedynie sąd, do którego po zwolnieniu Mazurek udał się w sprawie nabycia spadku po zamordowanej żonie, mógł odmówić mu do tego prawa, uznając, że jest go niegodny.

Mecenas Skolecka broniła ludzi w sprawach najtrudniejszych i w swoim czasie głośnych, m.in. dyrektorów łódzkich przedsiębiorstw – zakładów mięsnych, spirytusowych, skórzanych i tytoniowych, oskarżanych, najczęściej niesłusznie o nadużycia.

– W 1963 r., tego dnia, kiedy umarł mój ojciec, miałam swoje największe przemówienie w sprawie karnej, broniąc dyrektora Zjednoczenia Przemysłu Mięsnego w Łodzi, bo wtedy właśnie szalała „afera mięsna” – wspomina Krystyna Skolecka-Kona. – Poprosiła mnie o to sekretarz Michalina Tatarkówna-Majkowska, która w tej sprawie przyszła do mnie do domu ze łzami w oczach. Wyrok, który zapadł w sprawie dyrektora Sasa był stosunkowo łagodny…

Po latach sukcesem pani mecenas było także dwukrotne uniewinnienie Marka Czekalskiego, byłego prezydenta Łodzi, oskarżanego o rzekome przyjęcie łapówki od inwestorów budowy centrum handlowego M1.

(Tytułem wtrętu dodam, że gdyby chcieć opisać każdą sprawę prowadzoną w ciągu 63 lat przez bohaterkę tej opowieści, powstałoby opasłe tomisko, zwłaszcza gdyby do tego dodać jeszcze inną jej działalność, związaną z adwokaturą, za którą otrzymała kilkadziesiąt odznaczeń, w tym Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Wielką Odznakę Adwokatura Zasłużonym i to ostatnie, wręczone jej w listopadzie 2017 r., czyli Krzyż Wolności i Solidarności).

Potem przyszedł czarny grudzień 1981 r. – Kiedy ogłoszono stan wojenny, zaczęły się pierwsze procesy przywódców łódzkiej Solidarności, Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego. Rozprawa, na której byłam tylko w charakterze obserwatora, ze względów bezpieczeństwa odbyła się w Zgierzu – wspomina pani mecenas. Sama prowadziła wtedy pro bono cztery sprawy polityczne, m.in. łódzkich robotnic, które zastrajkowały na znak protestu przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Przerwała je historia: Krystyna Skolecka-Kona została zatrzymana i – jako jedyna kobieta adwokat! – internowana 31 grudnia 1981 r.

– To się odbyło nagle, z zaskoczenia, wcześnie rano – opowiada. – Mąż, który był głównym technologiem w Wytwórni Filmów Fabularnych przy Łąkowej, zdążył wyjść do pracy, a ja leżałam jeszcze w łóżku, z temperaturą i bólem ucha, kiedy zadzwonili do drzwi. Gdy zapytałam: „Kto tam?”, usłyszałam: „Otwierać, milicja!”. Specjalnie mnie to nie zdziwiło, bo z milicjantami często miałam do czynienia w sądach, więc w piżamie otworzyłam drzwi i wpuściłam kilku panów, których znałam. Zaproponowałam, że zrobię im kawę, a sama się ubiorę i załatwię kilka pilnych spraw, ale ku mojemu zaskoczeniu i zdziwieniu, że traktują mnie jak wroga, odmówili. Zdążyłam więc tylko ubrać się i napisać karteczkę do męża: „Kochany Wiesiu, jestem internowana, zawiadom kolegów, ucałuj dzieciaki i baw się dobrze w sylwestra…”

W kożuszku, lisiej czapie i z neseserkiem pełnym kosmetyków (bo ja zawsze, niezależnie od okoliczności, musiałam dobrze wyglądać i ładnie pachnieć!) zawieźli mnie na Lutomierską. W odpowiedzi na pytanie, dlaczego tu jestem, dowiedziałam się, że „sprzeciwiałam się ustrojowi i dążyłam do obalenia go”, co było kompletną bzdurą, bo nigdy nie zajmowałam się polityką, tylko broniłam ludzi w sądach. Potem zaprowadzono mnie do celi, a tam panie „nieciężkich” obyczajów, które znałam ze spraw sądowych, pytają: „Za co cię wzięli?! Gdzie stałaś?!” (śmiech) Następnego dnia, w Nowy Rok, pustą mroźną drogą zawieziono mnie najpierw do Warszawy, do więzienia na Olszynce Grochowskiej, a następnie do Gołdapi. W czasie internowania spotkałam kwiat wspaniałych polskich kobiet: Halinę Mikołajską, Izabelę Cywińską, Gajkę Kuroniową, Marię Dmochowską i wiele, wiele innych. W pewnym sensie było to niezwykle interesujące i przyjemne, ale w rzeczywistości bardzo, bardzo smutne, bo każda z nas myślała o losie swoich bliskich, o dzieciach, które – bywało – z powodu internowania obojga rodziców umieszczano w domach dziecka.

W „internacie” przebywałam do 16 lutego 1982 r., a wypuszczono mnie tylko dzięki zabiegom moich kolegów, którzy dotarli do „najwyższych czynników”. Do Łodzi wracałam pociągiem z Suwałk, z plecakiem pełnym rzeczy i książek. Na Dworcu Fabrycznym, oprócz męża i synów, rozpoznałam „opiekuna” – małego człowieczka, który stał, niby czytając gazetę, i wypatrywał, czy Skolecka wraca sama, czy też jedzie z nią „grupa wywrotowców z opozycji”. Podeszłam do niego i uprzejmie powiedziałam: „Dzień dobry panu, wróciłam, podróż była spokojna”. On zaniemówił, zaś ja z najbliższymi wróciłam do domu i do spraw, które zostawiłam. Szczęśliwie, już przed Sądem Najwyższym, dokończyłam obronę łódzkich robotnic. Ten okres mojego życia wspominam z prawdziwym rozrzewnieniem i sentymentem, mimo że Urząd Skarbowy i niektórzy funkcjonariusze ówczesnej SB starali się, jak mogli, zatruć mi życie. Byłam inwigilowana, wielokrotnie przesłuchiwana w komendzie milicji, grożono mi, że przestanę być adwokatem. Ogólnie rzecz ujmując, było słońce, deszcz i burze, ale uważam, że życie mi się udało. Jestem szczęśliwym człowiekiem, tylko dzisiaj jeszcze nie jestem pewna, jak się odnajdę w nowej sytuacji: bez pracy, spotkań, wiecznej gonitwy i trudnych rozmów o ludzkich problemach.

Łatwo zrozumieć ten niepokój, zwłaszcza kiedy weźmie się pod uwagę, że pani Krystyna nie ograniczała swojej aktywności do występowania przed sądem. Oprócz tego była również egzaminatorem egzaminów adwokackich, wieloletnim wykładowcą procedury karnej i prawa karnego materialnego dla studentów prawa oraz zasad etyki zawodu dla adeptów sztuki adwokackiej – obok znajomości kodeksów, najważniejszej w tym zawodzie sprawy.

W czasach, kiedy przestrzeganie zasad etyki zawodowej przez prawników nabrało szczególnej wagi, zapytaliśmy panią mecenas o to, które z nich są w przypadku adwokatów najważniejsze. – Podstawowe znaczenie ma tajemnica zawodowa, co oznacza, że adwokat nigdy nie może powiedzieć o swoim kliencie ani jednego słowa, które by mogło źle o nim świadczyć. Obrona może wypowiadać się wyłącznie na korzyść oskarżonego, bo każdy człowiek ma do tego prawo. Paradoks polega na tym, że czasem klienci piszą bezpodstawne skargi na adwokatów, a oni – związani tajemnicą zawodową – nie mogą się bronić. Mnie zdarzyło się jedynie kilka razy zrezygnować z obrony, kiedy klient nie zgodził się na moją koncepcję prowadzenia sprawy. Nie można natomiast uzależniać obrony od wysokości honorarium i nawet kiedy klient w ogóle nie zapłaci, adwokat, z którym się umówił, musi go bronić. To są najważniejsze imponderabilia tego zawodu.

***

W sobotę 12 maja br. pani mecenas Krystyna Skolecka-Kona, wybitna aktorka theatrum iuris, po 63 latach stania na straży sprawiedliwości i naszych praw obywatelskich, formalnie i uroczyście pożegnała się z praktyką adwokacką, mówiąc, że „adwokat powinien wiedzieć trzy rzeczy: jak trzeba mówić, co powiedzieć i kiedy skończyć…”. 

_______
Artykuł ukazał się na łamach Magazynu Łódź Gazety Wyborczej z dn. 18.05.2018.