Home / AKTUALNE WYDANIE / Chiny bez planu cz. 2.

Chiny bez planu cz. 2.

Dwa pierwsze tygodnie podróży przez Chiny pozwoliły oswoić kulturowe i obyczajowe przepaści, ale było to wciąż za mało, by kraj ten polubić. Podróż przez południowe i centralne prowincje kraju środka, okazała się być lekcją pokory, akceptacji, czasem walką o przetrwanie. Bywało i tragicznie i śmiesznie, ale nie nudno. Chińczycy stale zaskakiwali, głównie negatywnie, dzięki czemu nawet najmniejsze gesty i przejawy gościnności wprawiały nas w zachwyt i osłupienie. Nauczyłam się Chińczyków tolerować, próbowałam ich tłumaczyć i rozumieć, ale nie byłam w stanie ich polubić. Jako gość trzeba było się dostosować i akceptować.

Na szczęście, czym bliżej granicy z Tybetem, tym bardziej Chiny nabierały ludzkiej twarzy i traciły upiorny charakter. Ludzie stawali się przyjemniejsi w obyciu, okazywali większą pogodę ducha i pokorę. Ich niechęć ustępowała ciekawości i akceptacji.

Changdu – stolica prowincji Syczuan licząca 10 milionów mieszkańców, do której zawitałam wciąż jeszcze w towarzystwie mojej brazylijskiej przyjaciółki Goldie, powitała nas powiewem zachodniej kultury. Z niedowierzeniem patrzyłyśmy na ekologiczne skutery elektryczne, których sznury przemierzały to czyste, zielone i przyjemne miasto. Wzdłuż rzeki ciągnęły się nieznane innym stolicom pasy zieleni, ścieżki rowerowe, biegowe i spacerowe, na których, o każdej porze dnia i wczesnej nocy, Chińczycy zażywali ruchu i gimnastyki. Studenci wysiadywali w lokalnych knajpkach, popularnych barach sushi i pizzeriach, z których nie raz dobiegała strawna, a nawet przyjazna dla ucha muzyka, w niczym nie przypominająca klasycznego, chińskiego, tradycyjnego „miałczenia kotów”. W hostelu angielski był powszechnie znany i używany przez chińską obsługę i wolontariuszy z odległych zakątków świata. W oryginalnych świątyniach można było odnaleźć spokój i pomedytować z tamtejszymi mnichami, a potem raczyć się wyborną herbatą po jej celebracyjnym parzeniu.

Główna atrakcja miasta, jaką jest Baza Badawczo – Hodowlana Pandy Wielkiej wraz z lasem bambusowym i muzeum, okazała się niestety być bardziej humanitarną formą Zoo, choć to jedyne miejscem reprodukcji tych cudnych stworzeń, które przegrały walkę z cywilizacją i ludzkim bestialstwem. To stąd wysyła się w świat do innych ogrodów zoologicznych znane wszystkim czarno-białe pandy hodowane i rozmnażane w tamtejszym centrum. Changdu to też wyśmienite miejsce na odkrywanie regionalnej kuchni syczuańskiej słynącej z ostrości i pikanterii. Olbrzymie targowiska oferują tu wszelakie potrawy suto okraszone przeróżnymi pastami chili o różnych intensywnościach.

W okolicach miasta podziwiać też można zjawiskowy 71-jedno metrowy posąg buddy wykuty w skałach w Leshan oraz rzeźby skalne w Dezu wpisane na listę zabytków UNESCO. Miejsca te jednak od rana do nocy toną w zgiełku tłumów lokalnych turystów, których towarzystwo nie pozwala na zwiedzanie, do jakiego przywykliśmy my Europejczycy, a tym bardziej kontemplacje miejsca, którą celebruję ja.

Zanim każda z nas ruszyła w dalszą podróż swoim szlakiem, obrałyśmy ostatni wspólny kierunek do, zdaniem wielu, najpiękniejszego parku narodowego w Chinach –Jiuzhaigou, położonego w północnej części prowincji Syczuan, daleko od zurbanizowanych terenów, nowych komunikacyjnych szlaków kolei i ekspresowych dróg. Dlatego dziesięciogodzinny przejazd autobusem okazał się być przeżyciem ekstremalnym. Podobnie jak korzystanie z toalet na prowincjonalnych parkingach, gdzie zamiast sedesów są płynące wodą rowy długości około 3–5 metrów, na którymi Chinki kucają grupowo bez najmniejszego wstydu i krępacji, ciasno jedna za drugą, często nie wypuszczając telefonu z ręki.

Ale przyznam, że Jiuzhagou wart był tego poświecenia, choć i jego zwiedzanie nie obyło się bez wyzwań. Gigantyczne kolejki po bilety, do autobusów i na szlakach już nas nie dziwiły. Szarpania za plecaki i włosy przyjęłyśmy z godnością. Najbardziej przytłoczył nas brak poszanowania dla tego cudu przyrody, kilometry wybetonowanych dróg dla autobusów, które dowożą tłumy Chińczyków pragnących tylko dobrego „selfie” na punkcie widokowym, utwardzone ścieżki dla pań w szpilkach, powycinane lasy, jazgot zagłuszający głosy natury i brak kontroli nad tłumem, który jak szarańcza plądruje tę niezwykłą krainę szmaragdowych i przejrzystych jezior górskich. Widoki białych górskich szczytów, skalistych turni, wodospadów i wysokogórskich jezior, okala dodatkowo namiastka tybetańskiej kultury, która pozostała tu bardziej jako produkt sprzedażowy dla turystów po tutejszych etnicznych czystkach. Można jednak poczuć innego ducha, dostrzec odmienność architektury zeszpeconej chińską, krzykliwą tandetą.

Żegnając moją kompankę ruszyłam dalej sama w kierunku prowincji Yunnan, zaczynając ostatni etap podróży, w miejscu którego nie mogłam ominąć Shangrila. Ta położona na 3160 m n.p.m. osada o nazwie mistycznej krainy z powieści Jamesa Hiltona, to prawdziwe wrota Tybetu i szansa na doświadczenie jego namiastki bez konieczności opłacania drogiego pozwolenia i agencji turystycznej, bez których obcokrajowiec nie może wybrać się na dach świata. Nazwę tę miasto uzyskało w 2001 r. po tym, gdy urzędnicy w Pekinie zgodzili się na marketingowy chwyt mający przyciągnąć do, wówczas zapomnianej, górskiej mieściny Gyaitang (po Tybetańsku) turystów poszukujących krainy szczęśliwości opisanej na kartach powieści „Zaginiony Horyzont”. Zmiana przyniosła skutek, a rosnąca tu w siłę turystyka szybko zmieniła charakter miasta, ratując je przed wyludnieniem, ale i odbierając wiele z autentyczności. Oryginalna, drewniana zabudowa starego miasta, dźwiga się ze zgliszczy po olbrzymim pożarze z 2014 r., zamieniając się głównie w hotele, pensjonaty, sklepiki z pamiątkami i butiki sprzedające podrobioną tybetańską biżuterię czy futra. W 2017 r. Shangrile odwiedziło 3 miliony turystów, z czego 90% stanowili Chińczycy. Na obrzeżach miasta widać posunięte prace nad nowoczesną i szybką koleją, która ma przybliżyć tę górską krainę, otwierając ją na jeszcze większe rzesze podróżnych.

Serce starego miasta Shangrili bije w rytmie tybetańskiego modlitewnego młyna Szczęśliwego Zwycięstwa. Ta potężna pozłacana karuzela sięgająca 15 m wysokości i mająca 7,5 m średnicy, została ozdobiona płaskorzeźbami przedstawiającymi 56 chińskich grup etnicznych współdziałających w harmonii. Od świtu oblegana jest przez mnichów, lokalnych wiernych i turystów, którzy usiłują wprawiać ją w ruch zgodny ze wskazówkami zegara z nadzieją, że przyczyni się do spełnienie ich próśb, życzeń i modlitwy.

Tu lokalna tybetańska ludność zaskakuje gościnnością, wylewnością i ciepłem. Widać też u nich inne rysy twarzy i inny styl życia. Są oni ujmujący, swojscy, trzymają się blisko z sąsiadami, rodzinami, szeroko otwierają przed podróżnymi drzwi swoich domów i ramiona. Witając, często przewieszają tradycyjnie katak przez kark swojego gościa, wyrażając tym samym szacunek, oddanie i podziękowanie.

Prawdziwa perła atrakcji, to tybetański buddyjski klasztor Sumtseling Ganden z XVII w., niezwykle podobny do Pałacu Potala z Lhasy. Masywne budowle na wzgórzu kilka kilometrów od miasta w kolorach bieli zdobionej złotem i purpurą rozbrzmiewają gongami, śpiewem mantr i trzepotem modlitewnych flag porozciąganych na długich sznurach. Obecnie zamieszkiwany przez blisko 600 tybetańskich mnichów, dla mnie okazał się być oazą spokoju, miejscem pełnym magii i niezwykłej energii. Nieśpieszne godziny, które tam spędziłam na grupowej medytacji, czantowaniu, podpatrywaniu ludzi i rozmowach z ciekawymi świata mnichami, stały się najlepszym wspomnieniem z Chin i dodały otuchy, że kolejne dni samotnej już podróży po prowincji Yunnan mogą przynieść pozytywne zmiany.